Surviwal

Informacje - Wdzydzkie opowieści

"Legenda o Wdzydzanie"

... Dawno, dawno temu, na wyspie, która kiedyś znajdowała się na środku niedużego jeziorka, stał sobie zamek. Panem który mieszkał w nim był król Sorka. To co uwielbiał robić król to polować w okolicznych lasach i kniejach. Pewnego razu zdarzyło się w czasie polowania, że samotnie zapędził się za jeleniem i znalazł się nad brzegiem swojego jeziora. Wówczas to po raz pierwszy zobaczył rusałkę - o której wiadomo było że żyje w jeziorze i wszyscy na nią mówią Wdzydzana. Ledwie na nią spojrzał - zaraz znikła, jakby zapadła się pod ziemie.

Ale to jedno spojrzenie wystarczyło; Król Sorka nie mógł o niej zapomnieć. Zwołał poddanych - a był to lud, podobnie jak on sam, mocarny - kaszubskich stolemów i kazał im kopać tam gdzie brzeg ukrył Wdzydzanę. Dniami i nocami pracowali kopacze, a rowy drążone przez ich łopaty zalewała woda. Choć kształt jeziora się zmieniał, rusałki jednak nie było. Pokazała się ponownie królowi dopiero w jakiś czas potem. Znowu na brzegu jeziora, ale w zupełnie innym miejscu. I znowu znikła, jakby się ziemia pod nią rozstąpiła. Poddani króla Sorki, na jego rozkaz, zaczęli teraz kopać w tym nowym miejscu, w głąb lądu . Wdzydzany wciąż jednak nie było. I znowu minęło wiele dni nim król ją ujrzał - jeszcze gdzie indziej. A potem jeszcze gdzie indziej... . Wszędzie, gdzie mu się ukazywała wkraczali kopacze.

Wody jeziora rozlewały się ich śladem coraz szerzej, przybierało ono coraz bardziej niezwykły kształt. Dopiero na łożu śmierci Sorka zrozumiał, że życie strawił w pogoni za złudą . Zostało jednak po nim jezioro, które stworzył w poszukiwaniu szczęścia .Rozlegle i piękne, o niezwykłym kształcie, dla upamiętnienia dziwnej historii jego miłości nazwane od imienia rusałki - WDZYDZE. A jak powiadają ludzie, nadal ukazuje się ona niektórym młodzieńcom.

„Jak sieja dostała się do jeziora Wdzydze”

W pobliżu jeziora Wdzydze mieszkał kiedyś bardzo bogaty polski szlachcic. Nie był przyjacielem smutku. Przeciwnie, z powodu zamożności i zamiłowania urządzał on często wystawne uczty w swojej siedzibie rodowej. Zapraszał on na nie dobrych przyjaciół – znajomych z bliska i z daleka. Zjawiali się chętnie, aby używać trunków i jadła.

Na jednej z takich uczt rozrzutny szlachcic chciał swoim gościom podać danie rybne – sieje. Tej smakowitej ryby nie było w okolicznych jeziorach. Choć o tym wiedział, zobowiązał swojego kucharza, aby ten postarał się o sieje na przyszłą biesiadę:

- Musisz ją zdobyć skądkolwiek, jeśli tego nie uczynisz, stracisz swój zarobek, chleb i wolność. Tak groził kucharzowi nie znający litości szlachcic. Cóż miał kucharz począć? Zasmucony, w dzień przed ucztą, pod wieczór udał się nad brzeg pobliskiego jeziora Wdzydze. Usiadł tutaj na wielkim kamieniu i myślał o tym, jak mógłby zdobyć sieje. Nie znalazł żadnego sposobu w tym względzie. W chwili, gdy zastanawiał się nad swoim przyszłym losem, zauważył na drodze idącego w jego kierunku nieznajomego człowieka. Sprawiał on wrażenie zmęczonego długą podróżą, a gdy podszedł blisko, usiadł obok kucharza. Wnet doszło między nimi do rozmowy. Kucharz opowiedział nieznajomemu o swoim zmartwieniu. Wędrowiec powiedział natychmiast:

- Mogę Ci pomóc. Jestem bowiem diabłem. Jeśli zapiszesz mi swoją duszę, postaram się dla ciebie o sieje.

Kucharz, pamiętając o groźbach swojego pana, zmuszony był zgodzić się na to i zapisał diabłu swoją duszę.

- Przed świtem przyniosę ci ryby – rzekł diabeł i zniknął. Po dłuższym wyczekiwaniu usłyszał kucharz dochodzący znad jeziora głośny świst. Przestraszony popatrzył w tę stronę i ujrzał diabła nadlatującego z wielką szybkością. Pod jednym ramieniem niósł on wielki worek, w którym, jak przypuszczał kucharz, były sieje. Kucharz pomyślał o przyrzeczeniu i zaniepokoił się o swoją duszę.

Na szczęście przyszedł mu do głowy dobry pomysł ... Przypomniał sobie, iż słyszał, że diabeł był osobnikiem wrażliwym na światło i nie znosił piania kogutów zwiastujących nadchodzący dzień. Zapiał szybko trzykrotnie jak kogut. I spójrzcie – fortel się udał. Purtk, który w tym samym czasie nadleciał już w pobliże, z przestrachu upuścił worek i zniknął – kucharz się nie mylił. W worku było wiele żywych siei. Najpiękniejsze i największe kucharz wybrał sobie na ucztę. Pozostałe wrzucił do jeziora, aby się rozmnożyły. Nie chciał w przyszłości znaleźć się w podobnym kłopocie. W taki oto sposób sieja dostała się do jeziora Wdzydze.

„O tym jak się zażywa tabaki”

Wiosną tego roku (1970) kręcono w kościele w Tyłowie film o Kaszubach. Przed kazaniem ksiądz rzekł do parafian:

- Chceme le so zażec. Chłopi szybko zaczęli szukać swoich tabakierek i na wyścigi wyciągać je do księdza. Ksiądz wziął jedną, zażył tabaki, a następnie oddał róg. Wówczas chłopi zaczęli sobie sypać brunatny proszek na ręce.

Tak się złożyło, że był wtenczas w kościele także ksiądz Lewiński – proboszcz z Łebcza, który pochodził z Tyłowa. A wiedzieć trzeba, że było n wielkim tabacznikiem. Otóż chwilę patrzył na rozgrywającą się przed jego oczami scenę, po czym rzekł:

- Przyjaciele, tak Kaszubi nie zażywali, bowiem każdy tabacznik chcący uczcić innych tabaczników wpierw sobie wsypywał tabaki, a dopiero potem przydawał rożek druhom. Słysząc to reżyser kazał wszystko zmienić.

- Rozpoczynamy od początku – rzekł, - Będzie poprawka w pewnym miejscu. Zastosujemy się do zwyczaju panującego na Kaszubach.

Wówczas tabacznicy najpierw sobie wsypali tabaki, a dopiero potem podali rożek kapłanowi na kazalnicy. I naraz wszyscy wspólnie zaczęli wciągać tabakę, najpierw w jedną dziurkę, potem w drugą. A na koniec wyciągnęli z kieszeni specjalne, wielkie chusteczki i zaczęli obcierać utabaczone nosy. W tym momencie jegomość z Łebcza niepostrzeżenie wymknął się z kościoła.

„Moc tabaki”

Był sobie raz leśniczy, który miał bardzo pyskatą żonę i jakby tego jeszcze było mało, silniejszą od siebie. Baba wykorzystywała swą przewagę i dzień w dzień biła męża tak, iż całą okolica śmiała się z niego.

Pewnego dnia szedł sobie ów leśniczy lasem i zasmucony rozmyślał, jakby tu żonę poskromić. Naraz ujrzał złodziei kradnących sosnę. Akurat kładli ją na wóz. Leśniczy szybko ukrył się za bukiem i niezauważony obserwował złoczyńców. Drzewo było spore i przy tym tak ciężkie, że nie mogli go załadować. W pewnej chwili jeden do drugiego rzekł:

- Michale, dajże no tabaki. Żażyjemy sobie, a od razu porządnej krzepy nabierzemy i ta chojna sama nam na wóz skoczy.

I sobie zażyli. Zaraz potem chwycili sosnę i raz dwa, bez żadnego wysiłku wkulnęli ją na wóz. Wtedy leśniczy wyszedł zza buka. Złodzieje ujżawszy go, przerazili się i zaczęli w popłochu zmykać.

- Hej, ludzie, nie uciekajcie! – krzyknął strażnik lasu. – Nic wam nie zrobię! Obiecuję! Chłopi przystanęli, nieufnie przyglądając się leśniczemu, który ciągnął szybko dalej:

- Bierzcie sosnę i jedźcie sobie z nią spokojnie do domu. Dajcie tylko trochę tej waszej tabaki, bo bardzo mi jest ona potrzebna. Jak widzicie, jestem chłopem malutkim, niepokaźnym, a przyznać się muszę, że żonę mam wielką jak stodoła i silną jak niedźwiedź, dlatego też wciąż mnie bije. Lecz sądzę, że gdy sobie zażyję tej waszej tabaki, to dam babie radę, bo widzę, że ten proszek ma ogromną moc.

Wkrótce potem uradowani chłopi jechali z sosną do domu, a nie mniej szczęśliwy leśniczy szybkim krokiem zmierzał do domu na obiad. Przed drzwiami do izby przystanął, zażył tabaki, po czym wszedł do pomieszczenia, wdrapał się na ławę przy piecu, aby być wyższym, a następnie rozkazującym tonem zwrócił się do żony:

- Podaj no mi to porąbane drewno, bym je mógł na piecu ułożyć, aby wyschło.

Baba zaczęła pyskować, jednakże schyliła się po szczapę. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że po to sięgnęła po polaną, aby je mężowi podać. Sekutnica zamierzała bowiem skórę mu nim złoić. Chłop jednakże znał babę dobrze i doskonale wiedział, co planuje. Kiedy więc nachyliła się, niezwłocznie skoczył na nią, chwycił drewko i tak nim ją sprał, że na jej czole pięć guzów wyskoczyło.

Następnego dnia leśniczowa spotkała się z kumoszkami. Te, ujżawszy ją posiniaczoną, zakrzyknęły zdziwione i przerażone:

- A cóż to wam się stało?

- Choć to z chłopa ledwie skóra, to nad babą jednak góra – odrzekła baba pokornie i od tego czasu leśniczy miał spokój, tabaki zażywał i do końca życia proszek ten chwalił i na wszystkie niemoce zalecał.

"Chłop co nie zażywa, baba się nazywa".

Jak zażywać? To pytanie pewnie zadawała sobie niejedna osoba która po raz pierwszy miał astyczność z tabaką. Poniższą instrukcją postaramy się więc rozjaśnić wszelkie wątpliwości.

Sposób I - z ręki

1a. Odpowiednio rozsuwając kciuk i palec wskazujący wyłaniamy doskonałe miejsce do tego, aby nasypać na nie tabakę.

1b. Gdy wyginamy kciuk do góry, w pobliżu nadgarstka tworzy się mały dołek.

Są to dwa miejsca na naszej dłoni, na które ze spokojem możemy sobie sypnąć naszego specyfiku.

2. Sypiemy tabakę na rękę.

3. Przybliżamy rękę do nosa.

4. Delikatnie wciągamy tabakę, żeby w 100% nacieszyć się aromatem i radością płynącą z jej zażywania.

Sposób II - z palców

1. Odrobinę (szczyptę) tabaki bierzemy kciukiem i palcem wskazującym.

2. Przybliżamy do nosa i zażywamy.

Ot cała tajemnica ;) Miłego tabaczenia życzy cały Dom Wczasowy "Helena". Na zdrowie!

derwi.pl
© Helena Kaszuby - helena.kaszuby.pl